Spacer bez powodu

Czasem największym sensem jest to, że nie trzeba go szukać

Spacer, który się wydarzył sam
Nie planowałem pisać tego wpisu. Tak jak nie planowałem tego spaceru. Ale są takie momenty, które nie proszą o uwagę, a i tak ją dostają. Które nie miały być czymś szczególnym, a zostają z nami na dłużej. Może dlatego, że pozwalają znów usłyszeć siebie. A może dlatego, że dzieją się poza ramą — poza aplikacjami, celami, rytmem codzienności. Ten spacer był jednym z takich momentów.
Nie było żadnego planu. Żadnej intencji. Żadnego „muszę się przewietrzyć”, ani „pójdę pomyśleć”. Byłem pierwszy raz w tej miejscowości. Nadmorska ulica tętniła życiem. Był środek sezonu. Z każdej strony dochodziły dźwięki rozmów, śmiechów dzieci, dzwonki rowerów, nawoływania sprzedawców gofrów i zapach smażonej ryby mieszający się z popcornem. Ale mimo tego gwaru — albo może właśnie dzięki niemu — mogłem się rozpłynąć w tłumie. Zniknąć jako anonimowy przechodzień. I w tym zniknięciu było coś kojącego. Może właśnie dlatego poczułem, że mogę się w nią po prostu wtopić. Buty jakby założyły się same. Klucz do pokoju w pensjonacie wsunąłem do kieszeni spodni, a drzwi zatrzasnęły się cicho, jakby dawały mi dyskretną zgodę: „idź, pospaceruj, nic nie musisz”.
Nie zabrałem telefonu. A raczej — zabrałem, ale nie wyjąłem go z kieszeni ani razu. Nie włączyłem żadnego podcastu, nie zrobiłem żadnego zdjęcia. I po raz pierwszy od dawna nie czułem, że tracę czas.
Bo to nie był spacer dla zdrowia.
Ani dla kondycji.
Ani dla porządku w głowie.
To był spacer bez powodu. I może właśnie dlatego był tak potrzebny.

Metr po metrze bez sensu, który… miał sens
Zazwyczaj mierzę kroki. Mam swoje dzienne minimum, śledzę statystyki, sprawdzam ile już przeszedłem, czy zegarek się zgadza z aplikacją. Ale nie tego dnia. Tego dnia zegarek był tylko zegarkiem. Nie był trenerem ani sędzią. Po prostu sobie był. A ja sobie szedłem.
Nie szukałem ścieżki. Nie miałem pojęcia, dokąd prowadzi ta droga. Szedłem tam, gdzie akurat coś przyciągało moją uwagę, choćby na chwilę. Nie dla jakiegoś celu. Nie żeby coś znaleźć. Może właśnie po to, żeby przez moment nic nie musiało być znalezione.
I to właśnie nimi postanowiłem iść. Mijane miejsca nie były tłem, ale czymś w rodzaju cichego towarzysza — obecnego, ale nienarzucającego się.
Zatrzymałem się przy drzewie. Jednym z tych, których wiele już w swoim życiu minąłem, zwykłych, pospolitych. Zazwyczaj zwyczajnie je mijam, nie zaszczycając ich spojrzeniem. Tym razem przyjrzałem się jego korze — pofałdowanej jak życie. Pomyślałem, że nikt nie widzi tego drzewa. A przecież ono jest. Cały czas. I nie musi nikomu nic udowadniać.
Może ja też nie muszę?
Kilka kroków dalej zauważyłem kawałek mchu porastającego krawężnik. Zielony, miękki, całkowicie zbędny. I tak piękny w swojej niepotrzebności. Pomyślałem wtedy, że być może wszystko, co ważne, dzieje się właśnie w takich chwilach. Kiedy nie jesteśmy nikim ważnym, nie wykonujemy żadnej misji, tylko jesteśmy obecni — jak mech.

Nie do przodu. Nie do tyłu. Nigdzie i wszędzie
Kiedyś wydawało mi się, że spacer powinien mieć tempo. Że jeśli już wychodzę, to powinienem iść energicznie, pewnym krokiem. Może niekoniecznie z celem, ale przynajmniej z poczuciem sensu. Tym razem jednak to nie nogi szły do przodu — to świat się zbliżał do mnie.
Zauważyłem więcej niż zazwyczaj. Szum wiatru w trawach po prawej stronie ścieżki. Skrzypienie furtki, która nie została domknięta, i która rytmicznie uderzała o ramę. Krzyk mewy, przerywany przez chwilowe milczenie, jakby też się zamyśliła. Te dźwięki, choć ciche, układały się w coś, co można by nazwać muzyką bez melodii. Takie mikro-odgłosy, które niby nic nie znaczą, a jednak budują cały pejzaż chwili.
Minąłem parę trzymającą się za ręce. Nie wyglądali jak zakochani z filmu. Raczej jak dwoje ludzi, którzy są ze sobą wystarczająco długo, by nie musieć ze sobą rozmawiać przez cały czas. Ich cisza nie była martwa. Była wygodna. I pomyślałem, że to też jest forma spaceru bez powodu. Nie tylko samotna.
Nie miałem pojęcia, jak długo już idę. I pierwszy raz mi to nie przeszkadzało.
W pewnym momencie poczułem, że jestem już „dość daleko”. Ale nie miałem pojęcia — dokąd? Daleko od czego? Od listy zadań? Od samego siebie? A może po prostu od tego napięcia, że każdy dzień musi być jakimś krokiem naprzód?
Czasem największym krokiem jest ten, który nie prowadzi nigdzie.
Nie wracałem do pensjonatu z żadnym odkryciem. Żadną olśniewającą myślą, żadnym nowym celem ani planem działania. Nie wymyśliłem nic. Nie rozwiązałem żadnego problemu. I nie zamierzam się z tego tłumaczyć.
Wróciłem z pustymi rękami. Może z wilgocią porannej trawy na podeszwach. Może z zapachem kory, który na chwilę został w pamięci. Może z delikatnym wrażeniem, że przez godzinę byłem bardziej w świecie niż w sobie.
I z czymś jeszcze.

To coś, co trudno nazwać
I może właśnie dlatego trudno o tym pisać. Bo język zazwyczaj służy do wyjaśniania, a to doświadczenie nie domagało się wyjaśnień. Ono po prostu było. Ciche. Rozlane. Jak mgła.
Zatrzymałem się jeszcze raz, tuż przy murze porośniętym bluszczem. Z jednej strony był już nieco zeschnięty, jakby chciał odpaść, z drugiej jeszcze żywy, miękki. Pomyślałem wtedy o tym, jak często w życiu jesteśmy jednocześnie tu i tam. Jeszcze czymś jesteśmy, a już czymś nie jesteśmy. Jeszcze gdzieś tkwimy, ale już nas tam nie ma. I że może to też jest w porządku.
Nie musimy być gotowi. Ani dojrzałymi. Ani określonymi. Czasem wystarczy być. Tak po prostu. Z twarzą wystawioną do wiatru, który nie niesie żadnej wiadomości, ale przypomina, że oddychamy.
Może to była cisza. Może lekkość. Może po prostu zgoda na to, że dziś nie muszę robić niczego mądrego. Że nie wszystko trzeba wykorzystać. Że czasem dzień bez celu — to dzień wypełniony bardziej niż te wszystkie dni z checklistami.
Nie wiem. I może właśnie to jest najuczciwsza odpowiedź. Nie wszystko trzeba ubierać w jedno zdanie. Ale czuję, że coś we mnie się rozpuściło. Jak napięcie, które nie musiało się już dłużej ukrywać. Jak myśl, która mogła się po prostu unieść i odpłynąć z wiatrem, bez konieczności jej chwytania i analizowania. Jak napięcie w ramionach, które nie muszą dźwigać produktywności.

A jeśli… nie pójdziesz nigdzie?
To też będzie okej.
Ale jeśli poczujesz, że coś Cię delikatnie popycha w stronę drzwi — nie stawiaj oporu. Nie pytaj, po co. Nie szukaj sensu. Nie mierz dystansu. Po prostu załóż buty. I pójdź.
Nie musisz nic osiągać.
Nie musisz nic rozumieć.
Nie musisz nic przynieść z powrotem.
Czasem największą wartością spaceru jest to, że nic z niego nie wynika.
I to wystarczy.
A może… to właśnie jest najwięcej.
Nie wiem, czy ten wpis miał mieć jakąś puentę. Może nie musi. Może dziś nie chodzi o podsumowanie, tylko o obecność. Może chodzi o to, byś po przeczytaniu tych słów nie ruszał od razu dalej. Byś dał sobie minutę. Może dwie.
Może po prostu wyszedł na spacer — bez powodu. Bez aplikacji, bez oczekiwań, bez pośpiechu. Jeśli za oknem będzie padać – to po prostu zabierz ze sobą parasol. Nie rezygnuj z tego spaceru.
A jeśli wrócisz z pustymi rękami — to nie znaczy, że nie wrócisz z czymś ważnym.

Do przeczytania gdzieś na Twojej własnej drodze.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *