Pusta droga o poranku skąpana w miękkim świetle, symbol spokojnej zmiany i bycia w procesie

Nie przywiozłem odpowiedzi

Kilka myśli, które zostały po Live Life Now

Wracając z konferencji Live Life Now, nie miałem może w sobie tego charakterystycznego napięcia, które często pojawia się po wydarzeniach rozwojowych – napięcia wynikającego z poczucia, że coś już wiem, że coś zostało nazwane, że teraz wystarczy to tylko dobrze zaplanować i konsekwentnie wdrożyć. Zamiast tego pojawiło się coś znacznie trudniejszego do uchwycenia, bo pozbawionego jasnych konturów – stan lekkiego zawieszenia, jakby wewnętrznego półmroku, w którym myśli nie układają się jeszcze w zdania, a wnioski nie chcą dać się złapać za wcześnie.
I chyba właśnie od tego chcę zacząć – od braku jednoznaczności, który zamiast irytować, zaczął mnie zaskakująco uspokajać.
Nie przywiozłem z tej konferencji gotowych odpowiedzi, nie mam listy punktów do odhaczenia ani poczucia, że coś zostało definitywnie domknięte, ale mam wrażenie, że coś zostało we mnie delikatnie poruszone, odsunięte o kilka centymetrów, jakby ktoś uchylił drzwi, których wcześniej nawet nie zauważałem.

Szwedzki stół bez presji, że trzeba spróbować wszystkiego
Live Life Now było dla mnie trochę jak dobrze zastawiony stół, przy którym nikt nie liczy porcji i nie sprawdza, czy aby na pewno wziąłeś wszystko, co było dostępne (zresztą Kuba Bączek wielokrotnie sam używał pojęcia szwedzkiego stołu, z którego mamy czerpać to co nam pasuje). Były treści, które zatrzymywały mnie na dłużej, były takie, które po prostu przechodziły obok, i po raz pierwszy od dawna nie towarzyszyło mi poczucie, że muszę koniecznie coś z tego zabrać, zapisać, zapamiętać, bo inaczej zmarnuję jakąś okazję.
Zamiast tego pojawiła się zgoda na wybór – spokojny, nieusprawiedliwiany, nieporównywany z innymi. Zgoda na to, że nie wszystko musi być „na teraz”, że niektóre myśli mogą poczekać, a inne wcale nie muszą wracać. I że to wcale nie oznacza braku ambicji, tylko coraz lepsze rozumienie własnych granic i etapu, na którym się jest.
To nie był czas bez radości ani bez energii – po prostu tym razem to nie one okazały się najważniejsze.
Coraz częściej łapię się na tym, że rozwój przestaje kojarzyć mi się z dokładaniem kolejnych warstw, a zaczyna przypominać proces zdejmowania tego, co kiedyś było potrzebne, ale dziś już tylko ciąży.

Pewne znane treści, ale inne miejsce ich spotkania
Wiele tematów, które pojawiały się podczas konferencji, było mi dobrze znanych. Słyszałem je wcześniej, czytałem o nich w książkach, zapisywałem w notatnikach, a mimo to tym razem odbierałem je inaczej – jakby nie trafiały już w obszar „wiedzy”, tylko w obszar doświadczenia, które domaga się uczciwego spojrzenia.
Bo jest ogromna różnica między tym, co potrafimy nazwać, a tym, na co naprawdę jesteśmy gotowi w swoim życiu. Między świadomością a konsekwencją tej świadomości. I im dłużej się nad tym zastanawiam, tym wyraźniej widzę, że bardzo często nie brakuje nam informacji, tylko gotowości na to, co one ze sobą niosą.
Nie chodzi o wielkie decyzje podejmowane z rozmachem, raczej o drobne, ciche momenty, w których przestajemy się tłumaczyć, że jeszcze nie teraz, że to nie jest dobry moment, że najpierw trzeba coś jeszcze przygotować.

Zmiana, która nie potrzebuje euforii
To, co szczególnie mocno wraca do mnie po Live Life Now, to brak nachalnego entuzjazmu i presji natychmiastowego działania. Nikt nie obiecywał, że wszystko da się zmienić jednym ruchem, nikt nie próbował przekonać na siłę, że wystarczy „chcieć bardziej”. Zamiast tego pojawiała się narracja znacznie spokojniejsza, ale też trudniejsza do przyjęcia – że zmiana rzadko wygląda jak przełom.
Częściej jest procesem, który toczy się po cichu, bez spektakularnych znaków, bez świadków i bez pewności, czy idziemy we właściwą stronę. Czasem wręcz wygląda jak cofanie się albo zatrzymanie, które dopiero z perspektywy czasu okazuje się konieczne.
I im dłużej o tym myślę, tym bardziej czuję, że właśnie taka zmiana ma dla mnie dziś sens – niespieszna, pozbawiona fajerwerków, ale oparta na zgodzie z samym sobą.

Pytania, które nie chcą odejść
Kilka dni po konferencji nie pamiętam już może dokładnie kolejności wystąpień ani konkretnych przykładów, które wtedy robiły wrażenie. Zostały za to pytania, które pojawiają się nagle, często w najmniej spodziewanych momentach – podczas spaceru, przy herbacie, w chwilach, kiedy nikt niczego ode mnie nie oczekuje.
Czy to, co robię, jest jeszcze moje, czy tylko dobrze znane?
Czy nie niosę rzeczy, które dawno straciły sens, tylko dlatego, że kiedyś pomagały przetrwać?
Czy potrafię pozwolić sobie na wolniejsze tempo, zamiast nieustannie się poganiać i poprawiać?
Nie mam na nie gotowych odpowiedzi. I coraz częściej mam wrażenie, że to wcale nie jest problem.

Zmiana Drogi, nie zmiana deklaracji
Nie wiem do końca, czy Live Life Now coś we mnie domknęło. Bardziej mam poczucie, że coś zostało uchylone, zostawione w takim półotwarciu, niczym zaproszenie do dalszej drogi bez obietnicy, że wszystko stanie się jasne od razu. Bez deklaracji, bez planu na pokaz, bez potrzeby natychmiastowego nazywania tego, kim teraz jestem i dokąd dokładnie zmierzam.
To co zabieram z tej konferencji na pewno, to zgodę na bycie w procesie – bez presji, że trzeba już wiedzieć, bez konieczności nadawania temu formy, którą da się łatwo opisać innym.
Bo coraz wyraźniej widzę, że nie chodzi o to, żeby iść szybciej.
Chodzi o to, żeby iść uczciwie wobec siebie – nawet jeśli ta droga przez jakiś czas nie daje się zamknąć w zdaniach.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *