Wpis, który nie ma Cię przekonać do produktywności, tylko do popatrzenia sobie w oczy
Dziurawe wiadro i garść sekund
To miała być tylko chwila. Zerknąć na pogodę. Przewinąć jeden filmik. Sprawdzić, kto co napisał. Poodpisywać „na szybko” na wiadomości.
I zanim się zorientowałem, minęło 40 minut. Niby byłem przytomny. Niby nic nie zrobiłem. A jednak zmęczony byłem bardziej niż po długim, solidnym spacerze. Wiesz – takim spacerze, który naprawdę daje Ci w kość, ale jednocześnie sprawia ogromną przyjemność – w tym samym czasie pomagając zbliżyć Ci się do upragnionych, dziennych 10000 kroków.
Wtedy dotarło do mnie, że moje dni przypominają niekiedy takie dziurawe wiadro. Coś do nie wlewam. Coś nawet chlupie. Ale pod koniec dnia i tak czuję pustkę. Taką nieoczywistą. Niby zrobiłem wszystko, co miałem zrobić, a jednak czegoś brak.
Nie wiem, jak Ty, ale zdarza mi się niekiedy mieć skłonność do mylenia „chwili przerwy” z „ucieczką przed życiem”. I czasem nie widzę różnicy, dopóki nie zamknę wszystkich kart przeglądarki.
Między hałasem a echem
Coraz częściej myślę o tym, żeby zrobić sobie prawdziwy detoks od ekranów. Tak na serio. Zero telefonu, zero maili, zero podcastów z głosem guru od lepszego życia.
Na razie to tylko myśl, ale chodzi za mną od jakiegoś czasu. Ciekawi mnie, co się wtedy wydarzy. Czy poczuję ulgę? Czy ogarnie mnie panika? Czy pojawi się cisza czy raczej niepokój?
Bo mam wrażenie, że jeśli ciągle mam coś w rękach, coś w uszach i coś w tle, to może wcale nie chodzi o to, że lubię być na bieżąco – chociaż tak naprawdę ostatnio to nawet staram się nie być. Może po prostu uciekam od czegoś, czego jeszcze nie umiem nazwać.
Chciałbym to sprawdzić. Usłyszeć echo własnych myśli. Bez muzyki, bez notyfikacji, bez bodźców. Tak po prostu – zobaczyć, co zostanie, kiedy odejmę cały hałas.
I może wtedy okaże się, że nie potrzebuję więcej czasu. Potrzebuję mniej zakłóceń.
Pokój z widokiem na wieczór
Wyobraź sobie, że Twój czas to pokój. Czy wiesz, co tam stoi? Czy to Ty go urządzasz, czy może wstawił tam ktoś stare wersalki i kartony z cudzymi sprawami?
Ja odkryłem, że w moim pokoju było mnóstwo „mebli z przeceny”. Sytuacji, których nie chciałem. Zajęć, które brałem z przyzwyczajenia. „Obowiązków”, które ktoś kiedyś mi przypisał. A ja je zostawiłem. Bo jakoś tak wyszło.
Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że jeśli chodzi o moją strefę komfortu to z kolei mam tam najlepsze meble na zamówienie. Nie jakieś tam hity z wyprzedaży. Najlepsze meble, jakie znajdujesz zazwyczaj na ekranie swojego telewizora oglądając film lub serial o jakichś bogaczach. Niestety dzięki temu znaczenie „komfortu” w tej strefie nabiera dodatkowej mocy.
Wracając jednak do tematu – najgorzej, że ściany w swoim pokoju obwiesiłem zegarami. Każdy tykał inaczej. Każdy mierzył „coś innego”. Sukces. Prokrastynację. Cele. Dni do urlopu. Dni do emerytury. Liczbę dni „zmarnowanych” i liczbę tych „produktywnych”. Paradoks? Te pierwsze czasem były bardziej żywe.
Dopiero gdy zdjąłem te zegary, zrozumiałem, że czas nie ma być mierzony. On ma być przeżywany.
Rozmowa, którą możesz kiedyś odbyć
Nie „rozmawiam” jeszcze ze swoim kalendarzem. Ale może warto spróbować? Na razie ja i mój kalendarz totalnie się rozjeżdżamy. Planuję jednak nauczyć się prawidłowego… planowania 🙂
Wyobraź sobie jednak, że Twój kalendarz to nie tylko siatka dat, ale rozmówca. Taki, który wie, co naprawdę dzieje się z Twoim czasem. Taki, który pamięta, co odkładałeś od miesięcy i co od lat robisz z automatu.
Spróbuj więc może zapytać go:
„Na co tracę najwięcej czasu?”. Może w odpowiedzi usłyszysz: „Na udawanie, że jesteś zajęty.”.
„A kiedy mam czas dla siebie?” Może odpowie: „Wtedy, kiedy go sobie zaplanujesz.”.
To może być jedna z najdziwniejszych, ale i najbardziej szczerych i najważniejszych rozmów tego miesiąca (a może i życia).
Godziny bez etykiet
Ostatnio staram się uczyć kolejnej rzeczy. Zostawiać sobie czas… bez celu.
Nie produktywny. Nie kreatywny. Nie „czas dla rodziny” (choć jest on naprawdę bardzo ważny). Po prostu czas.
Czas, w którym mogę usiąść i popatrzeć na deszcz. Albo przejrzeć swoje stare notatki. Albo zrobić herbatę i… pozwolić jej wystygnąć.
Bo jeśli każdą chwilę mojego dnia oblepię etykietą – to kiedy w ogóle jestem sobą?
Bez konkluzji, ale z pytaniem
Nie będę Ci tutaj wciskał, że masz planować każdą minutę albo wyrzucić telefon przez okno czy zamknąć go sejfie (do którego nie pamiętasz szyfru). Sam jeszcze nie wiem, jak dobrze żyć ze swoim czasem. Ale wiem jedno: kiedy przestaję być ślepy na to, co robię z godzinami mojego dnia, zaczynam widzieć siebie wyraźniej.
I czasem to wystarcza.
Więc pytanie, które zadaję sobie dzisiaj oraz proponuję, abyś sam je sobie zadał, brzmi: „Co robisz ze swoim czasem, kiedy nikt nie patrzy?”
Nie musisz odpowiadać na głos. Ale może warto odpowiedzieć sobie w myślach? Albo w pustym pokoju z widokiem na wieczór.
A jeśli po tej odpowiedzi od razu sięgniesz po telefon, to… trudno. Może następnym razem popatrzysz trochę dłużej przez okno? To dobry początek.


Ślę Tobie życzliwość 😉
Bardzo dziękuję i również ślę ją Tobie 🙂
W punkt 👌
Dziękuję 🙂