Zbliżenie na dłoń trzymającą drewniany ster na tle wschodu słońca, symboliczne ujęcie odzyskiwania kierunku w życiu.

Czy masz kontrolę nad swoim życiem?

O tym, że stery czasem mamy w dłoniach, czasem wypadają nam z rąk, a najczęściej… uczymy się ich trzymać dopiero wtedy, kiedy po raz pierwszy naprawdę zobaczymy, gdzie jesteśmy.

Gdzieś pomiędzy wczoraj a jutrem – miejsce, w którym zaczyna się to pytanie
Kiedy zaczynałem tę swoją drogę, jeszcze nie wiedziałem, że prowadzi mnie ona do pytań, których wcześniej nawet nie dopuszczałem do siebie. Z perspektywy dzisiejszego dnia widzę, że każdy wcześniejszy wpis był jak niczym mała, niepozorna latarnia zapalona w ciemności: tam, gdzie pytałem „Dlaczego tu jesteś?”, tam, gdzie mierzyłem się z czasem, który wyciekał mi z dłoni, tam, gdzie przyglądałem się własnym nawykom, chwilom wytchnienia, znużeniu, potrzebie oddechu. Każdy z tych momentów odsłaniał jakiś kolejny fragment, choć wtedy nie widziałem jeszcze ich wspólnej całości. Byłem raczej kimś, kto błądzi po omacku, niż kimś, kto z pełną świadomością prowadzi swój kurs.
I dlatego to pytanie – czy naprawdę mam kontrolę nad swoim życiem – nie przyszło do mnie jako konkluzja mądrości, lecz jako naturalna konsekwencja tego, że w końcu nauczyłem się choć trochę uważniej obserwować siebie. Nie z pozycji jakiegoś eksperta, tylko człowieka, który wciąż łapie równowagę, czasem się potyka, czasem wraca do starych wzorców, czasem trzyma stery mocniej, a czasem pozwala im się na moment wymknąć. Nie jest to więc wpis z perspektywy „wiem już jak żyć”, tylko z perspektywy „widzę siebie trochę wyraźniej i próbuję z tego zrozumienia coś zbudować”.

Iluzje, w które wierzyłem latami – i które nadal potrafią podejść mnie od tyłu
Przez większość dotychczasowego życia uważałem, że kontrola to synonim perfekcyjnego ogarniania obowiązków. To przekonanie, że jeśli będę wszystko dokładnie planował, przewidywał, dopinał na ostatni guzik i nie zostawiał miejsca na niepewność, to świat w końcu zacznie układać się według mojej mapy. To zabawne, bo im bardziej próbowałem się trzymać tej wizji, tym bardziej widziałem, że rzeczywistość ma swoje własne zdanie w tej sprawie. Zdarzało się, że wszystko działało poprawnie, ale ja nie czułem niczego poza napięciem. Zdarzało się też, że robiłem wszystko „jak należy”, ale w środku czułem się tak, jakby moje życie było prowadzone według jakiegoś starego scenariusza, którego nie napisałem ja, lecz moje wcześniejsze wybory, cudze oczekiwania i własny lęk przed zmianą.
Dziś potrafię nazwać to inaczej: nie myliłem kontroli z bezpieczeństwem – myliłem ją z zaciskaniem zębów. Nadal czasem w to wpadam, choć teraz szybciej to zauważam. I może właśnie tu zaczyna się prawdziwa zmiana – nie w tym, że przestaję popełniać stare błędy, tylko w tym, że szybciej widzę, kiedy znów zaczynam udawać, że panuję nad światem, zamiast przyznać, że się boję.

Sygnały ostrzegawcze, które kiedyś ignorowałem, a które dziś czytam bardziej uważnie
Nie było jednego spektakularnego momentu, w którym dotarło do mnie, że straciłem stery. To nigdy nie jest jeden dzień ani jedno wydarzenie. To całe tygodnie i miesiące drobnych sygnałów, które człowiek ignoruje, bo nie pasują mu do jego własnej wizji „wszystko jest okej”. Zmęczenie, którego nie tłumaczy sen. Zastanawianie się rano, po co właściwie wstaję. Listy zadań, które są bardziej listami oczekiwań niż potrzeb. Godziny, które rozpływają się w niczym konkretnym, ale zostawiają po sobie dziwny ślad niewyjaśnionego napięcia.
Z czasem zrozumiałem, że to nie były „gorsze dni”, lecz momenty, w których życie próbowało mi powiedzieć: „Hej, nie jesteś już na tym kursie, który był dla Ciebie dobry. Może warto spojrzeć na mapę jeszcze raz”. Nie robiłem tego od razu. Przez wiele miesięcy próbowałem nadrabiać energią, dyscypliną albo kolejnymi planami. Dopiero kiedy przestałem to wszystko przykrywać, poczułem, jak bardzo te sygnały były prawdziwe.
I tu chcę być uczciwy: nadal się tego uczę. Nadal zdarza mi się ignorować siebie. Nadal łapię się na tym, że chcę „przetrwać dzień” zamiast go przeżyć. Nadal próbuję za szybko wrócić na tory, które znam. Ale jest jedna różnica – już widzę, co robiłem wcześniej. A widzenie to pierwszy krok do odzyskania wpływu.

Trzy obszary, w których stery wymykają mi się najczęściej – i które poznaję dopiero teraz
Nie chcę tu robić psychoanalizy ani udawać, że wszystkie mechanizmy mam już rozpracowane. Wcale nie mam. Ale widzę trzy obszary, które wracają do mnie niczym refren i które za każdym razem pokazują mi, gdzie jeszcze oddaję więcej kontroli niż bym chciał.
Pierwszy to codzienność, która potrafi działać według własnego scenariusza, jeśli nie zatrzymam się czasem choć na chwilę. To te wszystkie momenty, w których wrzucam autopilota, chociaż mogłem wybrać inaczej; te poranki, w których zamiast zapytać siebie, czego potrzebuję, od razu biegnę w tryb wykonywania obowiązków; te chwile, kiedy dzień mija, a ja nie bardzo wiem, gdzie on właściwie uciekł. Nadal się na tym łapię. Nadal próbuję się tego oduczyć. Ale różnica jest taka, że teraz umiem zazwyczaj dostrzec, kiedy tracę uważność.
Drugi obszar to wewnętrzny dialog – ten, który bywa cichszy niż szept, a potrafi kierować wszystkim. To nie są wielkie deklaracje, tylko subtelne podszepty. Te, które mówią „może jutro”, „może jeszcze nie jesteś gotowy”, „może ktoś zrobiłby to lepiej”. Uczę się coraz częściej pytać siebie: czy to jest prawda, czy tylko echo moich dawnych przekonań? I choć nadal nie zawsze umiem odróżnić jedno od drugiego, to dziś częściej zatrzymuję się, żeby to sprawdzić.
Trzeci obszar to decyzje, które kiedyś były słuszne, a dziś są już tylko przyzwyczajeniem. Ostatnie miesiące pokazały mi bardzo wyraźnie, jak wiele rzeczy robiłem tylko dlatego, że robiłem je zawsze. I dopiero teraz zaczynam te decyzje na nowo przeglądać. Nie wszystkie naraz, spokojnie, powoli. Uczę się, że czasem odzyskanie kontroli polega nie na dodaniu czegoś nowego, ale na odjęciu tego, co od dawna nie jest już moje.

Czym jest dla mnie kontrola – w tej wersji życia, na tym etapie drogi
Dziś widzę, że kontrola nie przypomina wcale tego, co kiedyś o niej myślałem. Nie jest perfekcyjnym planem, który działa w każdych warunkach. Nie jest poczuciem mocy, które daje pewność siebie na zawołanie. Nie jest spisem zasad, których trzeba się trzymać. Nie jest też nieomylnością – a już na pewno nie jest życiem bez potknięć.
Dla mnie kontrola zaczyna się dużo wcześniej, zanim cokolwiek w ogóle zrobię.

Kontrola to świadomość – zobaczenie siebie takim, jakim się jest, a nie taki, jakim chciałoby się być.
Kontrola to odpowiedzialność – przyznanie się przed samym sobą, że pewne rzeczy wybierałem z wygody, a nie z potrzeby.
Kontrola to zgoda na niepewność – zaufanie, że nie muszę wiedzieć wszystkiego, by zrobić mały krok.
Kontrola to uważność – umiejętność dostrzeżenia momentu, w którym zaczynam znów działać z automatu.

I przede wszystkim: kontrola nie jest stanem, który się osiąga. Jest procesem, który się praktykuje.
A ja jestem w tym procesie. Ani lepszy, ani gorszy niż ktokolwiek inny. Po prostu w drodze.

A więc jak odzyskuję stery? Powoli, chaotycznie, z potknięciami – ale coraz bardziej świadomie
Nie zrobię tu listy kroków, bo sam rozumiem tę drogę nie przez instrukcje, lecz przez doświadczenie. Ale mogę wskazać, jak to wygląda u mnie naprawdę, bez retuszu.

Odzyskuję kontrolę wtedy, kiedy zatrzymuję się choć na chwilę i pytam siebie, co jest dla mnie dobre, a nie tylko konieczne.
Odzyskuję kontrolę wtedy, kiedy pozwalam sobie zrobić mniej, ale zrobić to naprawdę.
Odzyskuję kontrolę wtedy, kiedy potrafię powiedzieć „to nie jest mój ciężar”.
Odzyskuję kontrolę wtedy, kiedy świadomie wybieram ciszę, choć wiem, że łatwiej byłoby ją zagłuszyć.
Odzyskuję kontrolę wtedy, kiedy nie udaję, że wszystko wiem – i kiedy nie wstydzę się tego, że wciąż czegoś szukam.

To nie jest droga bez wpadek. Nadal zdarza mi się robić krok nie tam, gdzie trzeba. Nadal wracam czasem do swoich dawnych schematów. Nadal bywają dni, w których czuję, że bardziej dryfuję, niż płynę. Ale różnica jest taka, że już to widzę. A widzenie jest początkiem sterowania.

Pytanie, które zostaje – nie po to, by znaleźć idealną odpowiedź, ale po to, by wracać do niego za każdym razem, gdy życie zaczyna płynąć nie w tę stronę, którą wybieram
Jeśli miałbym zostawić sobie z tego wpisu tylko jedną myśl – taką do zabrania na później, do położenia gdzieś w kieszeni codzienności, do przypomnienia sobie wtedy, kiedy znów pogubię proporcje i wpadnę w któryś ze swoich dawnych schematów – byłoby to pytanie, które z pozoru brzmi niewinnie, a jednak nosi w sobie ogromną moc. To pytanie nie wymaga idealnej odpowiedzi ani głębokiej analizy. Ono wymaga jedynie szczerości wobec samego siebie, tej spokojnej, niemal domowej, bez napinki i bez oceniania.

„W którym miejscu mojego życia oddałem ster – i czy mogę dziś zrobić choć jeden, najmniejszy krok, żeby go odzyskać?”

To pytanie nie jest narzędziem do samokrytyki. Nie jest batem, nie jest wyrzutem sumienia, nie jest próbą udowodnienia czegokolwiek. To raczej rodzaj wewnętrznego kompasu, który pomaga mi wracać do siebie, szczególnie wtedy, gdy w pędzie dnia zaczynam zbyt mocno dopasowywać się do tego, co zewnętrzne, a zbyt mało słuchać tego, co wewnętrzne. I może właśnie dlatego ma taką siłę – bo nie wymusza wielkich deklaracji, lecz delikatnie sprowadza na właściwy kurs.
Nie chodzi w nim o rewolucję ani o natychmiastowe przerwórcenie życia do góry nogami. Nie chodzi o to, by w jeden dzień naprawić coś, co przez lata powoli traciło kształt. Chodzi o uważność, która pozwala zauwazyć choćby jeden mały fragment mojego życia, w którym mogę odzyskać wpływ. Chodzi o mikro-ruch, o drobną zmianę, o krótkie zatrzymanie. O decyzję, która nie musi być spektakularna, ale jest świadoma.
I wierzę – coraz bardziej, z każdym miesiącem tej drogi – że jeśli w ogóle istnieje coś takiego jak kontrola nad własnym życiem, to zaczyna się ona właśnie w tych najmniejszych decyzjach, które podejmujemy w ciszy, nawet wtedy, gdy nikt ich nie widzi i nikt ich nie oceni.
Bo kontrola, w swojej najzdrowszej formie, nie jest przecież stanem, który zdobywa się raz na zawsze. Jest praktyką. Jest ruchem. Jest powracaniem. Jest tym spokojnym „wracam do siebie”, wypowiedzianym nie raz, ale wiele razy – tyle, ile będzie trzeba.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *