Zacząć coś nowego to jedno. Wytrwać – to już zupełnie inna historia.
Wiele razy w życiu próbowałem coś zmienić. I nie mówię tylko o tych wielkich „życiowych zwrotach akcji”, ale też o tych drobnych, codziennych decyzjach: mniej cukru, więcej ruchu, wcześniejsze wstawanie, systematyczne czytanie (wypracowałem sobie nawyk codziennego czytania – przynajmniej pół godziny, niemal bez wyjątków). Jeden projekt na raz, a nie dziesięć naraz (ten ostatni to chyba mój osobisty Everest 🙃).
Za każdym razem początek był… obiecujący. A potem przychodziła proza życia, zmęczenie, rutyna – i zanim się obejrzałem, znów byłem w starych butach. Znasz to?
Dziś nie chcę dawać rad ani udawać, że mam już wszystko ogarnięte. Piszę ten tekst jako ktoś, kto sam się uczy, potyka i eksperymentuje. Ale też jako ktoś, kto coraz bardziej rozumie, że zmiana to nie jednorazowy zryw, tylko proces, który trzeba pielęgnować. Dzień po dniu.
Zmiana to dopiero początek
Kiedy decydujesz się na zmianę, czujesz przypływ energii. Nowe postanowienie, świeży plan, lista celów… czujesz się gotowy. Masz wrażenie, że teraz to już pójdzie z górki.
Tylko że nie idzie.
Bo zmiana nie kończy się w chwili decyzji. Ona się wtedy dopiero zaczyna.
Zrobienie pierwszego kroku to jak wypłynięcie z portu – wydaje się niesamowicie ekscytujące (nie ma to jak to podniecenie przed nadchodzącą podróżą 😉 ), ale prawdziwa żegluga dopiero przed Tobą. I to właśnie codzienne decyzje, mikrowybory, konsekwencja w zwykłych dniach decydują o tym, dokąd dopłyniesz.
U mnie tym „portem” był moment złożenia wypowiedzenia z pracy. Ale prawdziwe wyzwanie to codzienne wybory po tej decyzji – co robię z czasem, który mi został? Jak buduję nowe życie, zanim jeszcze stare się definitywnie skończy?
Powrót do starych nawyków to nie porażka
Jest taki moment, kiedy po kilku dniach lub tygodniach „bycia na dobrej drodze” coś pęka. Odpuścisz jeden dzień, potem drugi, potem… znasz ciąg dalszy.
Dawniej traktowałem to jak porażkę. Dziś uczę się inaczej. Bo powrót do starego schematu nie musi być końcem. To po prostu sygnał. Moment na refleksję: co się wydarzyło? Gdzie się zgubiłem? Co mogę poprawić? Obecnie „walczę” z małym przeziębieniem i przez przytkane zatoki nie bardzo jestem w stanie czytać książek. W ogóle unikam też ekranów, stąd nie miałem pewności, że ten wpis się w ogóle dzisiaj pojawi. Traktuję to jednak jedynie jako mały przystanek w codziennej drodze. Taka mini chwila wytchnienia. Wiem jednak, że już wkrótce wrócę do swojej normalnej rutyny. I z pewnością tej krótkiej przerwy nie nazwę już nigdy porażką.
Dla mnie nawyk nie jest jak cegła, którą położysz raz i już zostaje. Jest bardziej jak roślina – wymaga podlewania, światła, uwagi. A czasem, jak to w życiu, trzeba ją przesadzić, podciąć, a nawet zacząć od nowa z kolejnego nasionka.
I to też jest okej.
System zamiast silnej woli
Kiedyś wydawało mi się, że wszystko rozbija się o silną wolę. Że jak tylko się „bardziej postaram”, to mi się uda. To takie coachingowe, prawda? Teraz już wiem, że silna wola jest jak bateria w telefonie – ładuje się w nocy, ale w ciągu dnia szybko się rozładowuje.
Dlatego zacząłem budować system.
U mnie docelowo ma to wyglądać mniej więcej tak (ma – bo jeszcze nie dotarłem do pełnej realizacji tej wizji):
– rano – chwila dla siebie na szybki plan dnia (nawet choćby przysłowiowe 5 minut),
– wieczorem – krótkie podsumowanie, czy zrobiłem choć jedną rzecz w kierunku realizacji moich celów,
– checklisty (tak, wiem, mało romantyczne, ale działa i często przypomina mi o czymś, o czym mógłbym w inny sposób zapomnieć przy dużej ilości innych zadań),
– gotowy szablon planu tygodnia, który docelowo wypełniać będę na spokojnie w weekend.
Nie wszystko działa perfekcyjnie. Czasem rano prawie zasnę nad herbatą (tak – nad właściwą higieną snu również staram się pracować). Czasem (w obecnej pracy bywa to, niestety, dość częste) plan dnia okazuje się fikcją literacką. Ale system działa wtedy, kiedy nie działa silna wola. I to już coś.
Jedna zmiana na raz
Zmienianie wszystkiego naraz brzmi imponująco, ale… najzwyczajniej w świecie nie działa. Przerobiłem to wielokrotnie. Zazwyczaj kończyło się frustracją, bo nie da się ogarnąć diety, ruchu, planowania, pracy, bloga, nauki, medytacji, porządków i relacji rodzinnych – wszystkiego na raz.
Dlatego teraz ćwiczę cierpliwość i koncentrację. Jedna zmiana. Jeden nawyk. Jedna rzecz dziennie.
Przykład? W tym momencie skupiam się na porannym rytuale planowania – żeby każdy dzień zaczynać z jasnością. Nie zawsze się udaje, ale kiedy się udaje, widzę różnicę. I to mnie motywuje.
Co mi pomaga wytrwać?
Szczerze? Jeszcze nie wiem wszystkiego. Ale odkryłem kilka rzeczy, które robią różnicę:
– świadomość celu – kiedy wiem, po co to robię, to co robię – łatwiej wrócić na właściwe tory;
– akceptacja potknięć – nie biczuję się (oczywiście metaforycznie 😉 ) już za gorszy dzień (albo przynajmniej staram się tego nie robić);
– odkładanie decyzji o poddaniu się – jeśli mam kryzys, mówię sobie: „okej, dziś ciężko, ale jutro jeszcze spróbuję”. I… próbuję. Kolejny raz. I kolejny – jeśli jest to tego warte.
To nie jest heroiczne. To jest… wystarczające.
Na koniec
Nie mam idealnej recepty na trwałą zmianę. Wciąż szukam. Ale uczę się, że to, co trwałe, buduje się małymi krokami. Bez wielkich rewolucji. Bez presji. Bez poczucia winy.
Zmiana nie stanowi jednorazowego projektu z końcową datą – niczym w jakimś korpo. To proces, który trwa – czasem z rozmachem, czasem powoli, czasem z przerwą na głęboki oddech i powrót do siebie.
Jeśli jesteś w podobnym miejscu jak ja – nie poddawaj się, ale też nie wymagaj od siebie perfekcji. Jedno pytanie, które mi pomaga, brzmi: „Co mogę dziś zrobić, żeby nie cofać się, tylko przesunąć o jeden krok do przodu?”. A jak to sobie czasem dodaję pół żartem, pół serio – jeśli nie idę w przód, to chociaż w bok – byle tylko nie w tył 😉
I czasem tym właściwym krokiem do przodu może być po prostu… przeczytanie takiego wpisu jak ten 😊
Do przeczytania! I niech ta jedna zmiana – choćby najmniejsza – zostanie dziś z Tobą na dłużej.

