Czasem trzeba odejść, żeby wrócić do siebie
Są takie chwile, których nie da się wcisnąć w żadną kategorię. Ani to jeszcze koniec, ani już początek. Jak powietrze przed burzą – coś się zbiera, coś krąży, ale jeszcze nie wiadomo, czy będzie deszcz, czy może tylko jakieś westchnienie nieba. I właśnie w takim momencie teraz jestem.
Zawieszenie między tym, co było, a tym, co będzie
To ostatnia niedziela przed urlopem. Ale nie takim zwykłym – nie tylko wypoczynkowym, nie tylko „żeby odetchnąć”. To urlop kończący pewien etap. Ten, który trwał długo. Może nawet za długo. Kiedy człowiek z czasem przestaje już zauważać, że nie oddycha pełną piersią, tylko jakoś tak…. połową. Bo druga połowa od dawna walczyła o przetrwanie, choć pewnie nikt tego nawet nie zauważył…
Nie będę w tym miejscu podawał szczegółów. Nie chcę. Nie muszę. Ta historia jest zbyt osobista, by ją teraz rozkładać na czynniki pierwsze. Wystarczy wiedzieć, że coś się domyka. Cicho. Bez huku. Bez spektakularnych scen. Po prostu: domyka się we mnie.
Cisza, której długo nie było
Od kilku dni coś się zmienia. Rano budzę się bez tego wewnętrznego: wstawaj, bo musisz. Nie ma już tej presji, co wcześniej. Może to cisza. A może po prostu pierwszy oddech, który nie musi być wyliczony między spotkaniami i zobowiązaniami.
Zaczynam słyszeć swoje myśli. Takie zwykłe. Czasem smutne, czasem zabawne. Czasem absurdalne. Ale moje. I czuję, jak bardzo tęskniłem za sobą.
Z drugiej jednak strony ten tydzień był zdecydowanie inny od wszystkich. Żeby zdążyć ze wszystkim (co i tak nie do końca się udało) co miałem do zrobienia jeszcze w obecnej pracy, zostawałem praktycznie cały tydzień po godzinach. Chciałem posprzątać, posegregować, poukładać. Każdy mówił mi, że niepotrzebnie to robię. Ale ja jakoś czułem, że to jest właściwe – że taki właśnie jestem.
Zgoda na zmianę – choćby niepewną
Nie wiem jeszcze, co będzie dalej. Mimo wszystko myślę, że nie czuję z tego powodu jakiegoś ataku paniki. To całkiem ciekawe i nowe dla mnie uczucie – pozwolić sobie na to by nie wiedzieć. Na zaufanie (chyba głównie wobec samego siebie), że będzie dobrze. Skoro przez tyle lat potrafiłem ogarniać rzeczy, które z perspektywy czasu widzę, że nie były moje, to teraz – kiedy wreszcie zaczynam się siebie słuchać – mogę ogarnąć to, co moje.
Bo wiesz… zmiana nie przychodzi z hukiem. Ona przychodzi z pytaniem: czy jesteś gotów? A potem siada cicho obok i czeka. Czeka, aż przestaniesz się szarpać. Aż przestaniesz wymyślać milion powodów, by jeszcze chwilę zostać tam, gdzie cię już nie ma.
Ja przestałem. Nie dlatego, że jestem odważny (wbrew temu, że na każdym kroku słyszałem, że decyzja o złożeniu wypowiedzenia była odważna – już nie mogłem tego słuchać). Ale dlatego, że już nie umiem inaczej.
Odchodzenie bez goryczy
Nie mam w sobie złości – bo nie mam na kogo być zły. Naprawdę. Mam za to zmęczenie – takie głębokie, osadzone w kościach. Ale nie jestem zgorzkniały. Nie chcę opowiadać tej historii w tonie „nigdy więcej”. Wolę – „dziękuję, to wystarczy”. Bo wszystko, co miało być, już było. I czas iść dalej. Choćby powoli – nawet z drżącymi kolanami.
Nie potrzebuję zamknięcia z fanfarami. Nie chcę podsumowań ani peanów. Chcę jedynie spokojnego pożegnania – z miejscem, z rolą, z tym sobą, którzy przez lata trzymał wszystko w ryzach, bo tak trzeba było. Dziś już nie muszę. Zresztą spotkanie pożegnalne z moimi współpracownikami już się odbyło w ostatni piątek – i wyszło naprawdę miło i sympatycznie.
Czego się nauczyłem?
– zmiana nie zawsze wygląda jak rewolucja. Czasem to po prostu spokojne dość.
– warto mieć przy sobie ludzi, którzy Cię rozumieją bez słów.
– odwaga nie zawsze jest głośna. Czasem ma postać decyzji podjętej szeptem.
– nie wszystko trzeba naprawiać. Niektóre rzeczy trzeba po prostu zostawić.
– najtrudniejszym krokiem nie jest pójście, tylko puszczenie.
Nadzieje – choć jeszcze bez konkretów
Nie mam jeszcze gotowego planu. Mam jakieś własne wytyczne – ale mam też kierunek. Mam również siebie – bardziej świadomego, mniej surowego, gotowego, by zacząć słuchać. Może jeszcze nie umiem sobie samemu odpowiedzieć na pytanie „dokąd zmierzasz?” – ale przynajmniej wiem, że to moja droga, a nie cudza.
Urlop będzie próbą oddychania. Spacerami. Zatrzymywaniem się. Odpuszczaniem. I zaufaniem, że nie wszystko trzeba wiedzieć od razu.
Wrócę. Inny. Nie dlatego, że wymyślę nowe hasła motywacyjne. Ale dlatego, że wreszcie sobie na to pozwolę.
Na koniec – dla siebie i dla tych, którzy czytają
Jeśli jesteś gdzieś w podobnym miejscu… Jeśli czujesz, że coś się kończy, ale nie wiesz jeszcze, co się zaczyna – to wiedz, że to zupełnie w porządku. Nie wszystko trzeba rozumieć. Czasem wystarczy być. Trwać. Oddychać. I nie uciekać od siebie.
Nie wiem, dokąd ta droga mnie zaprowadzi, ale wiem, że pierwszy krok już zrobiłem – i to wystarczy na dziś.
Mam również świadomość tego, że łatwo napisać to wszystko co powyżej – a trudniej przeżyć. Ale skoro ja się odważyłem… może i Ty się odważysz?
Niech ta niedziela będzie symbolem. Cichego końca. I spokojnego tak dla tego, co nowe.
Data: Niedziela przed zmianą
Miejsce: Gdzieś między tym, co było, a tym, co czeka
Autor: Marek – nadal w drodze, ale już bez ciężaru na plecach

